Nie chcę być idealna

Nie chcę być idealna. Nie chcę być perfekcyjna. Chcę po prostu żyć i cieszyć się tym życiem, a ciągłe dążenie do perfekcji potrafi tą radość zniszczyć w zalążku. Coś o tym wiem….

Odkąd pamiętam wszystko czego się podejmowałam robiłam na 110%, a osiągnięcie 90% założonego celu było dla mnie porażką. Porażką ciężko odchorowywaną. W moim życiu nie było miejsca na słowo “dobrze”, musiało być najlepiej, ponad oczekiwania (zwłaszcza moje), perfekcyjnie.

Perfekcyjnie schudłam.
Perfekcyjnie przeszłam studia tylko z 1 poprawką ( jedyna rzecz z jaką się pogodziłam to to że nigdy nie będę dobra z genetyki ;) )
Perfekcyjnie radziłam i radzę sobie sama.
Perfekcyjnie mam zaplanowany każdy dzień, każdą godzinę, czasem nawet minutę

Perfekcyjnie według innych ale nie według mnie, bo przecież zawsze mogłoby być lepiej, nieprawdaż?

Każdy komplement w stylu: podziwiam Cię za Twoją organizację, zazdroszczę Ci posiadania celów i ich osiągania… negowałam, nie przyjmowałam do siebie tych komplementów.

Gdy coś mi nie wychodziło tak jak sobie wymyśliłam bardzo mnie to frustrowało, a ta frustracja ujawniała się na różne sposoby. Nie poddawałam się od razu, co to to nie. Poświęcałam temu więcej czasu, zarywałam noce, przestałam mieć czas dla siebie- na przyjemności, relaks, jedzenie (tu przeczytasz do czego mnie to doprowadziło).

nie chcę być idealna

Zapomniałam co to znaczy “chcę”, w każdym moim zdaniu zaczęło dominować “muszę”. Muszę zrobić to, muszę zrobić tamto… muszę przeczytać książkę, muszę napisać post, muszę iść pobiegać, muszę spotkać się z koleżanką.

Widzicie to? Rzeczy, które “powinny” sprawiać mi przyjemność, być relaksem, przerodziły się w obowiązki…. z braku czasu. Nawet spotkanie ze znajomymi było pod hasłem “muszę”. Jedno czego chciałam to robić wszystko perfekcyjnie…a może i to musiałam?

Zafiksowałam się, że muszę robić super zdjęcia na blog, dobrej jakości filmy, znać photoshop, lightroom, wordpressa… wszystko co w jakimś stopniu mnie dotyczyło. Podświadomie zdawałam sobie sprawę, że tak się nie da, nie można się na wszystkim znać…
Ale… To nie wszystko, bo poza życiem blogowym, mam życie zawodowe i tu było to samo. Bo przecież ja zrobię wszystko najlepiej, wystarczy się tylko tego nauczyć…

Trochę śmiać mi się chce jak to piszę, śmiać z własnej głupoty, z tego, że dążąc do bycia najlepszym we wszystkim, prawie zniszczyłam samą siebie. Bo to nie było tak, że w niczym nie byłam/jestem dobra. Tak nie jest. Wiele rzeczy się dzięki temu nauczyłam, jednak zapomniałam czym jest relaks, odpoczynek, czerpanie przyjemności z tego co się robi.

Zawsze wszystko inne było ważniejsze ode mnie. Od tego co tak naprawdę potrzebuję, a nie tego co “chcę” bo: wypada, ktoś poprosił, takie życie.

W końcu zrozumiałam bardzo ważną rzecz. Szkoda, że tak późno, dobrze że w miarę szybko. Chcąc wszystkich zadowolić nie mam czasu dla siebie. Siebie z kolei nigdy nie zadowolę bo nie mam czasu na to co dla mnie ważne. Ba, ja nie wiem co dla mnie ważne! Chcąc robić wszystko i za wszystkich i dla wszystkich, nie mam kiedy się zatrzymać i pomyśleć czego ty kurczak potrzebujesz od życia co chcesz osiągnąć i w którym kierunku się rozwijać. Bo we wszystkich się przecież nie da, nikt nie jest z gumy.

Ktoś kto mnie zna lepiej może powiedzieć: przecież Ty jesteś mistrzem asertywności, delegowania, walczenia o swoje! Tak, być może i jestem (w końcu i w tym muszę być perfekcyjna), ale to jest wyuczone, wymuszone przez nadmiar rzeczy, które na siebie brałam. Tak jak i ja nie jestem z gumy, tak i moja doba też nie jest. Stąd często walczę, szukam możliwości wygospodarowania choć 10 minut więcej na inne rzeczy, które “muszę” zrobić. A za tą walkę często obrywałam po nosie, dużo straciłam, dużo ważnych rzeczy, których już nie odzyskam.

Dążenie do ciągłej perfekcji wiele mnie nauczyło, nie mogę tego nie przyznać. Wiele zyskałam, ale nie wiem czy nie straciłam jeszcze więcej. Nie podjęłam wielu wyzwań, bo bałam się że nie podolam ( perfekcyjnie). Porzucałam pomysły, które mogły dać mi radość i zabawę, bo nie byłam pewna czy będę robić je na 110%. Często też uciekałam, bo bałam się ryzyka, czułam, że to ryzyko może być dla mnie zabójcze, że w moim umyśle już nie ma miejsca na takie rzeczy.

pomyśl-o-sobie

Dlaczego o tym piszę? Bo sobie to niedawno uświadomiłam i zaczęłam “coś z tym robić”. Pomyślałam, że może ktoś to przeczyta, ktoś kto jest podobny do mnie w swoim dążeniu do perfekcji w każdej możliwej dziedzinie i to mu pomoże szybciej zauważyć, że długo tak się nie da. Może komuś zapali się lampka i straci mniej ode mnie, a wierzcie mi, ja straciłam naprawdę wiele.

Napisanie tego było dla mnie bardzo trudne. Od 3 tygodni wciąż poprawiam ten tekst, dopisuję, usuwam, biję się z myślami czy oby na pewno chcę to opublikować, bo to dla mnie naprawdę intymny tekst. Jednak wpis Ani z bloga PannaAnnaBiega.pl utwierdził mnie w przekonaniu, że chcę to zrobić, bo nie mam się czego wstydzić. To, że nie jestem perfekcyjna, i to że nie chcę już być perfekcyjna i idealna w 110% to też nie powód do wstydu.

To też forma publicznej spowiedzi, publicznego wyrzucenia z siebie tego co we mnie siedzi, a i przy okazji publicznego przyznania się do swojego celu, bym nie mogła się wycofać. A cel jest prosty: nauczyć się chcieć tego co do tej pory przygłuszałam. Jeden krok już zrobiłam, jednego “chcenia” posłuchałam: nie chcę być idealna.

nobody is perfect

Oczywiście nie chcę rezygnować z edukacji, ulepszania siebie, ciągłego doskonalenia, ale chcę (nie muszę, chcę) zacząć ustalać sobie priorytety, dzielić cele na mniejsze kroki i znajdywać czas na: relaks, nic nierobienie, na chwilę wytchnienia.

Zaczynam od małych kroków.
Staram się wyłączać komputer o 23 i czytać książkę, bo tego chcę.
Staram się zatrzymywać co jakiś czas i pytać samą siebie: co chcesz teraz zrobić, na co masz ochotę, to czas dla Ciebie.
Staram się i to staranie idzie mi całkiem dobrze – no w końcu dążenie do perfekcji na coś się przydaje ;)

I tylko na koniec, tak krótka prośba: zatrzymaj się czasem i posłuchaj czego tak naprawdę chcesz, bo ciągłe przygłuszanie tego jest niemożliwe, to i tak znajdzie sposób by wyjść na światło dzienne, tylko wówczas koszta mogę być ogromne.

Spodobał się wpis?
Podziel się.
  • Gosia Oczko

    Jesteś coraz bardziej perfekcyjna w swoich przemyśleniach ;) A tak na serio: ja zawsze przedkładałam “chcę” nad “muszę”. Nie lubię czuć się zblokowana. Dlatego (w przeciwieństwie do Pana R.) potrafię leżeć 20 min. na kanapie nic nie robiąc. Zupełnie nic. Spróbuj – niezły relaks.

    • wiesz, ze Twoje komentarze zawsze poprawiaja mi humor? skoro Ty komentujesz tzn. że coś cię zaciekawiło, a to jak komplement ;) ok! poleżę dziś!