Nigdy nie mów nigdy i …

Ten rok miał być wyjątkowy. Obiecałam sama sobie i ogłosiłam publicznie na blogu, że ogarnę się i wreszcie zacznę działać zamiast tylko gadać. Mamy już pół roku tego wyjątkowego roku i co się zmieniło? Czy w ogóle coś się zmieniło?

Jak tak patrzę na te 4 punkty, które sobie wypisałam w tamtym wpisie to aż sama sobie się dziwie, że zrobiłam więcej niż się tego po sobie spodziewałam.

nigdy nie mów nigdy

Planu samorozwoju (nauka nowych rzeczy, które chcę umieć itp) nadal nie mam, ale zapisałam się znów na angielski i nawet regularnie na niego chodzę, a co najdziwniejsze- uczę się go kiedy tylko mogę). Ponadto ugryzłam tematy, które wcześniej spędzały mi sen z powiek, a które ugryźć musiałam.

Zdrowie- tu chyba osiągnęłam najwięcej. Wreszcie zamknęłam (na jakiś czas ;)) temat zębów. Jednocześnie spełniłam jedno ze swoich największych marzeń, o którym możesz przeczytać tu. Jak widzisz marzenia się spełniają, więc nie bój się marzyć i rób wszystko by je zrealizować.
Zaczęłam też lepiej jeść, czyli nie sam serek wiejski i wafle ryżowe, a normalny posiłek od święta, gdy byłam gdzieś na mieście lub gotowałam danie na blog. Poszłam do dietetyka, który aktualnie wyciąga mnie z mojego metabolicznego dołka. Ja natomiast walczę z sobą by nie pójść na łatwiznę i nie zapchać się na szybko waflami ryżowymi. Już teraz nie jem zdrowo tylko od czasu do czasu, a cały czas.

Trzymamy kciuki by mój napięty terminarz tego nie zniszczył.

nigdy nie mów nigdy

Staram się też znaleźć trochę czasu dla siebie, choć jest to trudne do wykonania. Wciąż gdzieś biegnę, a teraz to nawet ze zdwojoną siłą! Biegnę od spotkania do spotkania, od zadania do zadania i od parku do parku! Tak! Zaczęłam biegać. Aż sama nie wierzę w to co piszę! Ja, która w podstawówce błagała o ocenę dobrą z WF, w liceum i na studiach miała zwolnienie, a potem twierdziła, że lubi tylko sporty na S…
Oczywiście, nie stałam się nagle fanatyczką biegania, o co to nie. Wolę mino wszystko posiedzieć przed kompem…, ale nie od razu Rzym zbudowano, a tym bardziej polubienia przez Kurczaka sportu.

A jak to się stało, że zmusiłam się do pierwszego kilometra?

W styczniu zaczęłam regularnie chodzić na siłownię. W końcu od 3 miesięcy płaciłam za karnet, ale przestało to już zagłuszać moje sumienie. Tam był orbitrek i bieżnia, ciężarów wyciskać nie zamierzałam. Po każdym treningu byłam wrakiem człowieka, ale jak szczęśliwym wrakiem. Jednocześnie obserwowałam coraz więcej znajomych, którzy biegali.
Zazdrościłam im!
Też chciałam nie być ograniczona godzinami otwarcia siłowni i móc poćwiczyć kiedy chcę.
Ale bałam się, bałam się, że ja nie potrafię biegać. Aż tu nagle zostałam niejako zmuszona do biegania

Zostałam Ambasadorką The Color Run by PZU i New Balance. Przyszła do mnie książka o bieganiu napisana między innymi przez blogerów oraz zaproszenie do biegu. Pochichotałam pod nosem i powiedziałam: nigdy w życiu.

Jak to w życiu nigdy nie mów nigdy i zapaleni do eventu “nie-biegacze” skłonili mnie do wyjścia z domu i ruszenia przed siebie. Gdy wróciłam do domu szalałam z radości, bo poziom endorfin w mojej krwi osiągnął niebotyczny poziom. Moje pierwsze 2,30 km przebiegłam bez problemu- jednak trening na siłowni zrobił swoje. Potem było już coraz więcej i więcej i …. ostatni rekord to ponad 7 km.

Jednak nie biegam dla rekordów, biegam dla siebie, wiem, że z moim zdrowiem muszę uprawiać jakąś aktywność fizyczyną, a ponadto nie lubię rywalizacji. Z tego też powodu do samego biegu byłam przerażona, szukałam wymówek jak się wykręcić i co ściemnić – zaplanowałam sobie grypę żołądkową- ale ostatecznie stwierdziłam, że głupio tak publicznie pisać o rzadkiej kupie. Myślałam też o zwichnięciu kostki, ale pacnęłam się w łeb w ramach zmądrzenia.

Nic nie wymyśliłam, zacisnęłam zęby i poszłam. A potem pobiegłam. A potem czułam niedosyt, chciałam jeszcze i jeszcze i jeszcze obsypywać się kolorowym proszkiem, tańczyć na błoniach Stadionu Narodowego i śmiać się wraz z tysiącami innych ludzi.

nigdy nie mów nigdy

The Color Run to naprawdę niesamowite wydarzenie.

To nie zawody na czas, tu nic nikomu nie musisz udowadniać, jedyne co musisz to przyjść z uśmiechem na twarzy i bawić się wśród tęczowych kolorów. Ja się bawiłam znakomicie i już myślę o kolejnym The Color Run w Krakowie (20 września) – kusi mnie by jechać i przeżyć to jeszcze raz w tym roku!

A Ty nie zastanawiaj się, zapisz się, weź rodzinę i weźcie udział w Najszczęśliwszych 5km na świecie! Polecam ze szczerego serca, zresztą mój uśmiech na twarzy chyba mówi sam za siebie!

Podsumowując mój przydługi wywód. To będzie bardzo dobry rok, już jest wyjątkowy! I jeszcze jedno: Nigdy nie mów nigdy

Spodobał się wpis?
Podziel się.
  • Artur Kaliś

    Kurczaczku – piękny, pozytywny wpis. Fajnie zobaczyć świat oczyma osoby, która zaczyna ćwiczyć, biegać i ma w sobie tyle radości i energii. Tak trzymaj! Wyjdzie Ci to tylko na zdrowie! Już teraz nie waż się odpuścić. Jestem pod mega wrażeniem Twojego progresu ( już 7 km!). Ubawiłem się tymi powodami…Hahaha! grypa i kostka…pomysłowa jesteś :) Ja z rodzinką też kombinujemy z Krakowem – mamy niedosyt, i to okropny. Tak to jest z bieganiem, a tym bardziej z kolorowymi proszkami :) Im więcej biegasz tym więcej chcesz biegać :) Pozdrawiam ciepło.

    • Artur jesteś dla mnie Królem tego biegu. Jak komuś opowiadam o The Color Run to pokazuje Twoje zdjęcia! Dałeś czadu ;)
      Dzięki za miłe slowa i pomoc w czasie imprezy :)

  • Agata Lipiec

    Zdradzę Ci tajemnicę. Na innych biegach co prawda nie ma kolorowych proszków, ale też można je biegać bez presji na wynik, a dla towarzystwa właśnie i tych fajnych emocji wspólnego przeżywania radości z biegania. Biegaczy, którzy ścigają się o pierwsze miejsce jest ok 20, do tego jest grupa, która ściga się ze sobą i swoją życiówką, ale wszyscy pozostali (a potrafi ich być kilka tysięcy, jak w tym biegu ;)) biegną właśnie dla tych emocji i radości. Także ten… do zobaczenia na kolejnym biegu :D

    • kusi mnie 10 km na jesieni ;)

      • Agata Lipiec

        To polecam Ci Bieg Niepodległości. Bycie częścią Polskiej flagi to nie lada przeżycie! ;) a do listopada zrobisz już nie jedną dyszkę ;)